piątek, 19 października 2012

Organizacja to podstawa


Na początku przepraszam, że nie odpowiedziałam na komentarze do poprzedniego posta - najpierw miałam problemy z Internetem, a po jakimś czasie stwierdziłam, że to już trochę mija się z celem, odpowiedź powinna być natychmiastowa. Przepraszam i dziękuję, wiem, że z racji mojego wieku i doświadczenia w nauce języków obcych nie mogę przekazać innym zbyt wielu rad - prowadzę tego bloga głównie dla siebie, działa to na mnie motywująco :) - ale każdy przejaw zainteresowania jest naprawdę bardzo miły i sprawia dużo radości. 
Tak, chciałabym dostać się na medycynę lub analitykę medyczną, to moje marzenie i główny cel na najbliższe dwa lata. Mniej więcej do połowy gimnazjum byłam pewna, że jestem typową humanistką i będę studiować prawo, polonistykę albo coś w tym rodzaju, ale później jakoś stopniowo zaczęłam się bardziej zwracać w kierunku przedmiotów ścisłych i teraz już jestem praktycznie na 100% przekonana, że to był dobry wybór i z każdym fakultetem z chemii/biologii utwierdzam się coraz bardziej, że to jest to, co mnie interesuje i co bym chciała w życiu robić.

Ale nie o tym chciałabym dzisiaj pisać. Moja nauka języków obcych rozwija się w nawet niezłym tempie. Odwróciła się sytuacja z zeszłego roku - powrócił zapał do nauki angielskiego, za to niemiecki odszedł trochę w odstawkę. Już mnie tak bardzo nie pociąga, jak wcześniej, chociaż Niemcy jako kraj nadal bardzo mi się podobają, nadal lubię niemiecką piłkę nożną, muzykę, niemieckie miasta (w wakacje miałam przyjemność przebywać trochę w Stuttgarcie i Monachium, i zwłaszcza to drugie zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie!). Ale nauka niemieckiego nie przychodzi mi już tak łatwo, jak wcześniej, czuję lekkie zniechęcenie. U mnie w szkole nikt nie traktuje tego języka serio, po kilku latach nauki niektórzy nie są poprawnie odmienić czasownika "być" przez osoby... I nie winiłabym tu polskiego systemu oświaty, ale nastawienie polskiej młodzieży do nauki języków obcych. Angielskiego większość się uczy, wiadomo, że się przydaje, ale nauką drugiego języka praktycznie nikt (poza koleżanką, która chciałaby studiować filologię angielską i kolegą, który marzy o SGH) nie jest zainteresowany dlatego poziom też mocno kuleje. Nie powinnam oglądać się na innych, ale pracować samodzielnie, wiem, ale trudno jest się zmotywować kiedy wokół nikt nie podziela naszej pasji. W moim otoczeniu zapanowała moda na hiszpański (nigdy tego nie zrozumiem). Ludzie, którzy mogliby mieć w szkole 6 godzin niemieckiego bez żadnego dopłacania decydują się na kurs hiszpańskiego w prywatnej szkole językowej i na zdawanie na maturze hiszpańskiego zamiast niemieckiego. Nie do końca to rozumiem, ale nie jest to jakiś odosobniony przypadek, więc muszę stwierdzić, że naprawdę hiszpański robi się modny (w tym miejscu polecam świetny artykuł z bloga pani Agnieszki Drummer, ironiczne porównanie hiszpańskiego i niemieckiego, bardzo mi się ten artykuł podoba).

Za angielski ostatnio trochę się wzięłam - mam cel. Chciałabym zdać dobrze maturę rozszerzoną, a później FCE. Jeśli ktoś będzie czytał tego posta i będzie miał wiedzę, proszę o odpowiedź - czy FCE i matura rozszerzona różnią się znacznie poziomem? Czytałam już o tym oczywiście w Internecie, ale opinie są bardzo różne, dlatego byłabym wdzięczna nie tylko za opinię, ale jakąś argumentację. Jeśli będę przygotowywać się do matury rozszerzonej przez najbliższe półtora roku, to mam szansę niedługo potem zdać FCE? Obecnie mój poziom angielskiego to jakieś B2, ale właściwie trudno ocenić znajomość języka tą skalą.
Uczę się z książek szkolnych (polecam repetytoria maturalne wydawnictwa Express Publishing, nauka z tych książek to prawdziwa przyjemność, wszystko czytelnie rozplanowane, dużo słówek, przystępnie opisana gramatyka), a poza tym używam jeszcze Repetytorium leksykalno-tematycznego wydawnictwa Edgard (również przydatna pozycja).
Zaczęłam też regularnie czytać artykuły po angielsku z internetowego wydania The Telegraph (nie wiem czemu, ta gazeta jakoś najbardziej przypadła mi do gustu). Ostatnio odkryłam też nagrania radiowe i telewizyjne na stronie BBC- w zakładce radio znajduje się wykaz kategorii i wielotematyczne zarówno aktualne, jak i archiwalne nagrania. Jako fanka serii książek o Jamesie Bondzie, słuchałam ostatnio nagranego audiobooka "Casino Royale" podzielonego na przystępne fragmenty. Naprawdę polecam tą stronę!
Chciałabym też napisać o mojej metodzie uczenia się słówek. Nie używam jej jeszcze zbyt długo, ale myślę, że się sprawdza :) Pisałam już kiedyś o bardzo sympatycznej stronie quizlet. Na początku byłam nią zachwycona i zupełnie porzuciłam program Anki - wydawało mi się, że nie jest mi już do niczego potrzebny. Po jakimś czasie jednak odkryłam pewne słabe strony quizletu. Jest to na pewno świetna strona, można się na niej uczyć słówek bardzo łatwo i bardzo szybko (raz nauczyłam się kilkudziesięciu słówek angielskich na następny dzień do szkoły, jednocześnie rozmawiając ze znajomymi na skypie - quizlet to taka strona do nauki "mimochodem", a jednak słówka wchodzą do głowy i pozostają w niej na jakiś czas). Nie jest to tylko żmudne "przepytywanie się" jak to jest w Ankach. Ja zawsze robię tak, że ustawiam sobie stronę ze słówkami na pełny ekran, zaznaczam, że chcę mieć pokazane słówko tylko w języku obcym, włączam też głos - lektorka czyta na głos przeglądane słówka. Na ekranie komputera mam duże zagraniczne słowo, mechaniczna pani (taka sama jak w translate.google) czyta je głośno. Jeśli kliknę myszką, to dostaję polskie tłumaczenie, klikam jeszcze raz - tłumaczenie znika. Przeglądam sobie w ten sposób nowe słówka, potem zaczynam się z nich przepytywać. Na końcu gram też w gry - po ekranie lecą polskie tłumaczenia, a naszym zadaniem jest "zabijanie" tych tłumaczeń poprzez wpisanie ich odpowiedników w języku, którego się uczymy. Mamy "życia", dostajemy bonusy za szybkość odpowiedzi. Gra naprawdę wciąga i utrwala wiedzę. Tak więc quizlet jest dla mnie niezastąpionym narzędziem do nauki nowych słówek. Problem pojawia się jednak z ich powtarzaniem, ta strona nie wymaga od nas systematyczności, talie zlewają się, nie wiadomo, której uczyliśmy się najdawniej. Mając może niezbyt imponującą ilość 8 talii angielskich i 7 niemieckich (kilka z nich liczy jednak od 50 do 70 słówek) zaczynam się już w tym gubić.
Dlatego ostatnio przeprosiłam się z programem Anki i od jakiegoś czasu słówka nauczone na stronie quizlet trafiają właśnie tam, abym mogła je skutecznie powtarzać. Taki system jest może trochę czasochłonny (wpisywanie słówek zarówno do Anki, jak i quizletu zajmuje nieco czasu), ale wydaje mi się, że pozwala dobrze nauczyć się nowego słownictwa, a potem systematycznie je powtarzać. Zamierzam na razie uczyć się według tej metody, a jeśli okaże się nieefektywna, nic nie stoi na przeszkodzie, by znowu trochę ją zmodyfikować.


Niestety mój rosyjski trochę utknął w miejscu, samouczek SuperMemo jest niezły, trochę tekstów, sporo ćwiczeń i listy słownictwa. Niektóre rzeczy zdążyły mnie już zirytować. Przede wszystkim gramatyka, a właściwie jej brak. Nowe zagadnienia omawiane są na 1/5 strony, wyjaśnienie zajmuje dwa zdania, a tak naprawdę nie jest to wyjaśnienie, a suchy, naukowy opis (próbka: "Rzeczowniki rodzaju męskiego w narzędniku liczby pojedynczej mają końcówki -ом i -ем). Zupełnie nie potrafię tego przyswoić. Do tego irytujące są dialogi, przynajmniej te początkowe (20 tekstów w stylu "Cześć, nazywam się Boris, a ty jak masz na imię?"). I jeszcze niektóre słowa są tak dziwne, że nawet nie czuję potrzeby się ich uczenia, przynajmniej na początkowym etapie. Ogólnie jednak nie powinnam się irytować, bo samouczek jest całkiem niezły i przyjemny, i na pewno sporo można się z niego nauczyć. Ja jednak nie do końca potrafię sobie wyobrazić naukę języka bez gramatyki dlatego zaczęłam myśleć o dokupieniu jakiejś książki, z którą mogłabym porządnie poćwiczyć gramatykę rosyjską. Miał ktoś już może do czynienia z pozycją pod tytułem "Wot grammatika" wydawnictwa PWN? Może jest jakaś lepsza książka do gramatyki? Byłabym wdzięczna za jakieś wskazówki. Właściwie to wydaje mi się, że jeśli chodzi o język rosyjski to na polskim rynku istnieje pewna nisza. Trudno chyba znaleźć naprawdę dobry podręcznik do tego języka. To, co znalazłam w Empiku w większości nie nadawało się do niczego, albo było przeznaczone dla osób średnio-zaawansowanych/ zaawansowanych.

Na koniec mam jeszcze radosną wiadomość: udało mi się załapać na Europejskie Spotkanie Młodych Taize, które w tym roku odbędzie się w.... Rzymie! (Tutaj jest dostępny przepiękny filmik na temat tego spotkania, z cudownymi widokami Rzymu). Bardzo się cieszę i nie mogę doczekać. Byłam już raz w Rzymie, ale tylko dwa dni i odkąd stamtąd wyjechałam, wiedziałam, że jeśli tylko będę miała możliwość, pojadę tam. To miasto na pewno nie jest przereklamowane, spełniło moje najśmielsze oczekiwania i naprawdę zrobiło niesamowite wrażenie. Pierwszym odruchem, po tym jak dowiedziałam się, że jadę, było przeglądanie w Internecie podręczników do włoskiego :)) Miałam ochotę przyswoić przynajmniej podstawy i nawet znalazłam interesującą pozycję, podręcznik Wiedzy Powszechnej, już właściwie chciałam go zamówić. W ostatniej chwili, jakąś resztką zdrowego rozsądku uświadomiłam sobie, że przecież i tak nie będę miała kiedy się tego włoskiego uczyć, że na pewno zapał minie, do grudnia nie zdążę przerobić 28 lekcji i zostanie mi w domu bardzo dobry, nietani, kurzący się podręcznik. Podstawy przecież można przyswoić dzięki filmikom na youtubie, czy portalom internetowym - zupełnie bezpłatnie.
Ale ten podręcznik jest taki kuszący, ja uwielbiam "Ojca Chrzestnego" i włoski brzmi tak pięknie...
Jednak jestem z siebie dumna, że podjęłam racjonalną decyzję. A może się mylę? Sama już nie wiem.



1 komentarz:

  1. Bardzo ciekawy post :)

    Zapraszam również do siebie: http://scritto-con-la-pasta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń