sobota, 17 grudnia 2011

Co z tym angielskim?

Ostatnio mam bardzo dziwne wrażenie dotyczące mojej nauki języków obcych. O ile niemieckiego uczę się dosyć często i czuję, że go poprawiam (tak to jest na początku - robi się bardzo szybkie, zauważalne postępy), o tyle mój angielski stanął w miejscu i nie za bardzo mam pomysł, co z tym zrobić ;)
W gimnazjum miałam bardzo wymagającą nauczycielkę angielskiego, praktycznie codziennie uczyłam się słówek, od czasu do czasu gramatyki. Na każdej lekcji była kartkówka albo pytanie, sprawdziany też należały do takich, na które trzeba się po prostu solidnie przygotować. W ciągu trzech lat zrobiłam zdecydowane postępy, teraz chce mi się śmiać, kiedy patrzę jakie błędy robiłam np. w mailach po angielsku jeszcze dwa lata temu. To był taki okres, kiedy zupełnie "na poważnie" uczyłam się angielskiego, w tym roku w wakacje odważyłam się pojechać do Anglii na obóz językowy. Spędziłam tam bardzo fajne dwa tygodnie, poznałam mnóstwo ludzi przede wszystkim z Hiszpanii i Niemiec (i oczywiście z Polski). Językowych umiejętności za bardzo nie nabyłam, może poza tym, że miałam szanse rozmawiać po angielsku i poprawiać płynność wypowiedzi, a do tego taki wyjazd to naprawdę świetny motywator. Można ocenić swój poziom językowy, dowartościować się tym, że można na przykład bez problemu dogadać się w sklepie, czy w rodzinie goszczącej i zobaczyć, ile jeszcze brakuje do perfekcji. Ja akurat wróciłam bardzo dowartościowana z Anglii, bo po rozmowie "kwalifikacyjnej" przydzielono mnie do najwyżej grupy, a w końcowym raporcie nauczycielka oceniła mój angielski na poziom B2, więc dosyć wysoko ;) Oczywiście jest nad czym pracować i co poprawiać, chciałabym tak naprawdę z pełną swobodą mówić, pisać, czytać i słuchać po angielsku, a do tego jeszcze daleka droga.

SŁUCHANIE
Przede wszystkim chciałabym poprawić moje rozumienie ze słuchu, bo z tym jest najgorzej. Jestem w stanie zrozumieć ogólny sens wypowiedzi np. w telewizji CNN, ale na pewno nie każde słowo, te słowa mi się zlewają, nie do końca czasami wiem, o czym jest mowa. Oczywiście pomagają paski i pojawiające się obrazki, ale z drugiej strony też dekoncentrują, bo np. kiedy czytam pasek, to ciężko mi się jednocześnie skupić na tym, co jest mówione. Dodatkowo podczas słuchania czegoś po angielsku pojawia się u mnie pewien rodzaj stresu, coś w stylu "uczę się tyle lat, powinnam to rozumieć". W pewien sposób czuję się "winna" i jest mi głupio, że nie rozumiem. Wtedy przełączam kanał z CNN na TVN24 i przestaję się denerwować ;) Wiem, że to zła taktyka, że powinnam jak najwięcej właśnie oglądać angielskiej telewizji, żeby przełamać tą bezsensowną barierę. Na razie szukam jakichś pomysłów, czegoś co pomogłoby mi w poprawieniu mojego rozumienia ze słuchu poza oglądaniem CNN,czy BBC.



CZYTANIE
Z czytaniem też nie jest u mnie najlepiej. Nie mówię oczywiście o czytankach w podręczniku, ale o takich zwykłych tekstach, zwłaszcza artykułach w gazetach. Będąc w Anglii, trafiłam akurat na czas zamieszek w Londynie, a że nikt nie kwapił się, by nam wyjaśnić co się właściwie dzieje, kupiłam jakiś dziennik za jednego funta z dużą ilością tekstu. Rubrykę sportową przeczytałam bez problemu, natomiast te artykuły, które najbardziej mnie interesowały były trudne. Do tej pory gazeta leży w szafie, czekając czasów, kiedy nareszcie ją otworzę i bez trudu zrozumiem, o czym jest tam pisane ;) Na razie trenuję na internetowych wydaniach gazet, w zakładkach mam brytyjską gazetę The Telegraph, jakoś najbardziej mi się spodobała, wiele artykułów na niezliczoną ilość tematów, można przeczytać tekst o dowolnym regionie świata.
Ale poza takimi zwykłymi internetowymi wydaniami gazet, których jest całe mnóstwo i które są na wyciągnięcie ręki, jest też taka specjalna strona, która nazywa się Lingapp. Na początku strona pyta o nasze zainteresowania i gazety, których artykuły nas interesują. Później po wejściu na tą stronę wyskakują nam różne artykuły na te tematy i z tych gazet, które zaznaczyliśmy. Ale to nie wszystko, ta strona posiada taką zaletę, że nie musimy szukać słów, których nie rozumiemy w słowniku, ale po dwukrotnym kliknięciu myszką na dane słowo, pojawia nam się tłumaczenie. Możemy później dodać to słowo do bazy i grać w różne gry, które pomogą nam je zapamiętać. Ja osobiście nie bawię się w takie rzeczy, ale wyświetlanie tłumaczenia jest dla mnie największym plusem tej strony. Szukanie tłumaczeń w słownikach, nawet internetowych jest czasochłonne i zabija przyjemność czytania artykułów. Minusem jest to, że klikamy w "gołe" słowo i tłumaczenie też nie zawsze jest adekwatne do kontekstu, ale to tylko testuje naszą inteligencję, żeby dopasować odpowiednie tłumaczenie do wybranego zdania ;)
Właśnie w ten sposób chciałabym poszerzać swoją bazę słownictwa i przerzucać się już ze szkolnych czytanek na "normalne" materiały, które są codziennością Brytyjczyków. Mam świadomość, że robię to zbyt rzadko, muszę się bardziej na ten angielski zmobilizować, żeby te efekty naprawdę były widoczne :)

Jeśli chodzi o angielski to właśnie te dwie umiejętności chciałabym poćwiczyć. Pisanie udoskonalam, rozmawiając ze znajomymi na facebooku [chociaż ostatnio nawet próbowałam z kolegą z Austrii porozmawiać po niemiecku :)], a mówienie mam teraz dosyć często w szkole. Zmieniła mi się nauczycielka, ta "nowa" już nie odpytuje nas ze słówek, a stawia nacisk właśnie na speaking, często zadaje nam prace domowe w stylu 'naucz się opowiadać o swoich wakacjach'. Uważam, że to też bardzo fajne i z wielką przyjemnością chodzę na te lekcje. Bardzo lubię mówić w obcych językach, nawet jeżeli mi nie wychodzi. Czuję satysfakcję jeżeli zbuduję dłuższą, logiczną wypowiedź - nie musi być od razu bezbłędnie. Przecież nawet po polsku mówię z błędami i to wieloma. Nikt nie wymaga ode mnie perfekcji, ja sama od siebie też nie. Chciałabym po prostu mówić płynnie, swobodnie i bez stresu.

A tak już na sam koniec chciałabym odbiec od tematu i poinformować, że zakupiłam dzisiaj podręcznik do nauki języka chorwackiego. Mam zamiar w niedługim czasie rozpocząć tą naukę. O szczegółach napiszę innym razem :)

sobota, 10 grudnia 2011

Manuel Neuer - historia prawdziwa :)

Dzisiaj typowo piłkarski temat, o którym chciałam napisać już jakiś czas temu.

Manuel Neuer, bo o nim chcę powiedzieć, był zdecydowanie najważniejszą postacią w Schalke, wychowankiem, ikoną tego klubu, kapitanem, najlepszym zawodnikiem. To tutaj nauczył się wszystkiego, co dzisiaj potrafi, tutaj stawiał swoje pierwsze kroki w profesjonalnej piłce, tutaj się wypromował, to z tego klubu trafił do reprezentacji Niemiec, tutaj debiutował w Bundeslidze i Lidze Mistrzów. Może brzmi to bardzo patetycznie, ale chciałam oddać skalę, czym Schalke jeszcze niedawno było dla Manuela.
Neuer urodził się w Gelsenkirchen i do tego roku całe jego życie skoncentrowane było w tym mieście. Jeśli chodzi o Schalke, to Manuel grał najpierw w drużynach juniorskich, później został przesunięty do drużyny rezerw, w końcu włączony do pierwszej drużyny. W 2010 roku został wybrany na kapitana Schalke. W tym samym roku został wybrany na pierwszego bramkarza reprezentacji Niemiec w trakcie Mistrzostw Świata w RPA, kiedy nasi zachodni sąsiedzi zdobyli brązowy medal.
Neuer kapitanem Schalke
                                                
W Schalke najlepszym przyjacielem Manuela był Benedikt Höwedes, obecny kapitan. Ich przyjaźń widać było zarówno na boisku, jak i na wielu wspólnych zdjęciach, i nagraniach.













W sezonie 2010/2011 Schalke04 zostało półfinalistą Ligi Mistrzów, co było niebywałym osiągnięciem. Zespół z Gelsenkirchen pokonał między innymi Valencię, czy Inter Mediolan. To właśnie Liga Mistrzów była areną, na której Manuel mógł najpełniej pokazać swój talent. Szansy nie zmarnował, z najlepszej strony pokazał się podczas półfinałowego meczu z Manchesterem United na Veltins Arena. Mecz niestety został przez Schalke przegrany (0:2), ale bramka gospodarzy przez długi czas była twierdzą nie do przejścia dla tak znakomitych piłkarzy jak Ryan Giggs, czy Javier Hernandez. Po tym meczu sam sir Alex Fergusson powiedział, że występ Neuera był najlepszym występem bramkarza, jaki w życiu oglądał. Trener Czerwonych Diabłów po meczu osobiście pofatygował się na murawę, odszukał Manuela i uścisnął mu rękę. Jego występ można oglądać tutaj - bardzo gorąco zachęcam, naprawdę warto to zobaczyć. Dla mnie tamten mecz w wykonaniu Manuela był po prostu... niesamowity wydaje się za małym słowem ;)
Po tym występie wydawało się już, że być może Neuer zostanie kupiony przez Manchester United, szczerze mówiąc bardzo ściskałam za to kciuki. Wiadomo było, że w grę wchodzi albo Bayern Monachium, albo jakiś klub zagraniczny. Bardzo długo trwała ta telenowela "dokąd pójdzie Neuer?". Wydaje mi się, że nieoficjalnie z Bayernem wszystko było dogadane już dużo wcześniej.
Pewnego dnia, po 20 latach gry dla tego klubu Manuel oświadczył na konferencji prasowej, że nie przedłuży kontraktu z Schalke. To był cios dla wszystkich kibiców, także dla mnie. Nie wyobrażałam sobie Schalke bez tego zawodnika. On chyba też jeszcze nie wyobrażał sobie bycia w innym klubie, decyzję o odejściu ogłaszał łamiącym się głosem, ze łzami w oczach.


















Łzy łzami, ale kibice Schalke nie pogodzili się zupełnie z decyzją o odejściu to największego rywala. Gelsenkirchen to miasto przemysłowe, a kibicami Schalke są prości ludzie, robotnicy. Manuel wywodził się właśnie z takiej warstwy, nigdy się nie wywyższał, podkreślał swoją przynależność do tego klubu, mówił, że albo będzie grał w Schalke, albo nie będzie grał w piłkę. Inni zawodnicy nie deklarowali takiego przywiązania, wiadomo było, że są tu dla kasy i dla rozwoju, żeby gdzieś się pokazać i przejść do lepszego klubu. Manuel był wyjątkiem i nagle, w jednej chwili stał się jak wszyscy inni piłkarze. Odszedł z ukochanego miejsca za pieniędzmi, prestiżem, "rozwojem".
Protesty były zarówno w Gelsenkirchen, jak i w Monachium. Z tą tylko różnicą, że tutaj kibice pokazywali karteczki z napisem "Manu, zostań" (Manu bleib), a w Monachium - "nie dla Neuera" (Koan Neuer). Cała sprawa do tej pory budzi wielkie emocje. Gdy w tym sezonie Manuel po raz pierwszy przyjechał na "swój"
stadion do Gelsenkirchen kibice powitali go gwizdami, wyzwiskami, obraźliwymi transparentami, przykrymi napisami (np. "Wir trauern um M. Neuer zwischen 2005-2011", czyli "Opłakujemy Manuela Neuera 2005-2011"). Podczas jego ostatniego meczu w barwach Smerfów też było "gorąco", chociaż nie obyło się też bez miłych gestów. Kibice Schalke  przygotowali na przykład transparent z napisem: "Ilekroć spojrzysz w niebo, ujrzysz swoje biało-niebieskie barwy".
W Monachium na początku grupa najbardziej fanatycznych kibiców robiła wszystko, by Manuelowi utrudnić adaptację. Przygotowali na przykład listę zakazów - czego Manuel nie może robić. Znajdują się tam między innymi zapisy o tym, że nie wolno mu intonować klubowych przyśpiewek, całować herbu Bayernu Monachium, podchodzić do trybun kibiców, czy rzucać w trybuny koszulek.
Myślę, że cała ta historia jest dosyć ciekawa. Ja cały czas bardzo żałuję, że Manuela nie ma już w Gelsenkirchen, chociaż Schalke akurat do bramkarzy ma olbrzymie szczęście, już został znaleziony "drugi Neuer", czyli Lars Unnerstall, a Benedikt Höwedes wcale nie jest gorszym kapitanem od poprzedniego.
Gelsenkirchen                      

Monachium 






środa, 7 grudnia 2011

Co z tym czasem?

Dzisiejszy post postanowiłam poświęcić zagadnieniu czasu na naukę języka.
Wielu ludzi właśnie wykręca się w ten sposób: nie mam czasu. Ja też, rozpoczynając naukę niemieckiego zastanawiałam się, czy po rozpoczęciu roku szkolnego znajdę czas na ten język. Chodzę do pierwszej liceum, w mojej szkole jest tzw. system fakultatywny, czyli w półtora roku przerabia się materiał ze wszystkich przedmiotów, a później ma się tylko przedmioty maturalne, ale w rozszerzonym wymiarze (tzw. fakultety). Nauki jest ogólnie bardzo dużo, zwłaszcza przez te półtora roku, bo w tym czasie przerabiamy materiał, który w innych szkołach przerabiany jest w ciągu trzech lat. W niektóre dni faktycznie brakuje mi czasu na niemiecki, wtedy sobie odpuszczam, nie robię niczego na siłę. Jeśli chce mi się spać - idę wcześniej spać, nie ciągnę nauki kosztem zdrowia, wypoczynku, czy czegoś tam jeszcze. Ale mimo wszystko jakoś posuwam się do przodu.
Kiedyś o tym myślałam: jeśli teraz nie będę uczyła się języka, to kiedy znajdę na to czas? Jedyny sensowny termin w życiu, który mi się nasunął (poza emeryturą) to czas między maturą, a studiami, te czteromiesięczne wakacje. Ale na ten czas mam już sporo planów :) po pierwsze, trzeba w końcu wypocząć po trudach matury, wyspać się, zrelaksować. Po drugie, chciałabym zrobić wtedy prawo jazdy. Po trzecie, trzeba przecież pozawozić dokumenty na uczelnie i czekać na rezultaty, a potem organizować sobie życie w innym mieście.
Tak naprawdę to nie ma co odkładać. Póki jestem w pierwszej liceum, mogę poświęcić czas na naukę języków nawet trochę kosztem szkoły, nic się na razie nie dzieje. W drugiej i trzeciej klasie trzeba będzie już porządnie przysiąść nad przedmiotami do matury - chciałabym pójść na medycynę, więc czeka mnie sporo pracy. Mam nadzieję jednak, że pogodzę tą rodzącą się pasję językową z obowiązkami szkolnymi.

wtorek, 6 grudnia 2011

Średniowieczna polszczyzna

Doczekałam się pierwszego komentarza na tym blogu! Adam, dziękuję bardzo za wpis!
Tytuł dzisiejszego posta nie jest pomyłką. Mimo że lubię języki obce i blog im jest poświęcony, to uwielbiam też mój język ojczysty, zwłaszcza w starszych wersjach ;) Uważam, że nic nie brzmi ładniej niż polszczyzna Mickiewicza i czasami w wolnych chwilach czytam sobie na głos fragmenty "Pana Tadeusza". Może trochę sfiksowane, ale prawdziwe. Lubię jego styl pisania, piękne słowa, równą ilość sylab, rymy. "Reduty Ordona" kiedyś uczyłam się na pamięć. Polecam obejrzeć to wykonanie z filmu "Syzyfowe Prace" (bardzo dobry film swoją drogą).
Jestem teraz w I liceum, a to oznacza, że na języku polskim omawiamy jakby od początku wszystkie epoki. Zaczęliśmy od antyku greckiego i rzymskiego, teraz doszliśmy do średniowiecza, a co za tym idzie - do Polski ;) Omawialiśmy dwa teksty, które są zaliczane do "zabytków polszczyzny": Bogurodzicę i Posłuchajcie, bracia miła, znany też pod innymi tytułami (np. Lament Świętokrzyski, czy Żale Matki Bożej pod krzyżem). Czytając oryginalne teksty sprzed kilku wieków i porównując je z dołączonymi przypisami można dojść do ciekawych spostrzeżeń, które - przynajmniej moim zdaniem - są bardzo interesujące :)
Jedną z najbardziej widocznych różnic między średniowieczną polszczyzną, a współczesnym językiem jest brak siódmego przypadka - wołacza. I tak mamy: Bogurodzica dziewica, Bogiem sławiena Maryja, rozumiejąc przez to Bogurodzico dziewico [...] Maryjo. Sprawa jest o tyle interesująca, że we współczesnej polszczyźnie zauważa się tendencję do odchodzenia od wołacza. Mało kto dziś mówi: "Agato, podaj mi piórnik", wołacz zastępowany jest mianownikiem: "Agata, podaj mi piórnik". Zjawisko powszechne i moim zdaniem smutne. Odrzucamy coś, co użytkownicy języka polskiego wprowadzali i udoskonalali przez wieki.
Ciekawą sprawą jest też wpływ prasłowiańskich jerów na polszczyznę. Były to dwie półsamogłoski, był jer miękki i jer twardy. Dzisiaj występują w zmodyfikowanej formie tylko w języku bułgarskim. Jery rozwijały się w pełne samogłoski, lub zanikały. Pamiątką po nich są występujące we współczesnej polszczyźnie oboczności (np. karpь -> karpьa --> karp : karpia ), lub ruchoma samogłoska w odmianie wyrazów (np. lьnь -> len : lьnu -> lnu, czy pьsь -> pies : pьsa -> psa ). 
Jako ciekawostkę można podać też to, że w starożytnym języku polskim występował iloczas, czyli zróżnicowanie głosek na długie i krótkie. Dzisiaj występuje w niewielu językach (m.in. w czeskim, albo serbskim), w języku polskim iloczas nie przetrwał. 
Zdaję sobie sprawę, że dla osób zorientowanych w niuansach językowych powyższy post nie będzie żadnym odkryciem, ale może ktoś, kto do tej pory nie doceniał piękna polszczyzny, przekona się do mojego punktu widzenia. Oczywiście daleka jestem od nazywania średniowiecznej wersji języka "piękną", bo różnice w odmianie wyrazów czy szyku zdania mogą nas co najwyżej rozbawić. Na lekcji języka polskiego urzekło mnie tłumaczenie Bogurodzicy z "polskiego na nasze". Polszczyzna rzeczywiście bardzo się zmieniła. Do tego stopnia, że zaczęłam się zastanawiać, czy gdybyśmy przenieśli się teraz w czasie do, powiedzmy XII wieku, czy dogadalibyśmy się z naszymi rodakami? 

poniedziałek, 28 listopada 2011

Źródła nauki niemieckiego, cz. 3

Dzisiaj już ostatni post na temat materiałów wykorzystywanych przeze mnie do nauki niemieckiego. Opisałam już dwa samouczki i źródła internetowe, dzisiaj przyszedł czas na książkę do gramatyki Stanisława Bęzy oraz na ocenienie podręcznika używanego przeze mnie w szkole - Schritte International.

Gramatyka niemiecka z ćwiczeniami dla początkujących Wydawnictwo PWN Stanisław Bęza

Bardzo, bardzo udana pozycja. Jak już pisałam, byłam niezadowolona z ilości ćwiczeń gramatycznych w obydwu samouczkach, których jestem posiadaczką, chciałam dokupić właśnie taką książkę, w której wszystko będzie należycie wytłumaczone i gdzie będę miała możliwość dobrze przećwiczyć każde zagadnienie gramatyczne. Nie jest to tania książka, kosztuje około 30 zł (w Empiku i na Merlinie 27 zł), ale naprawdę warto. W samouczkach byłam na przykład niezadowolona z potraktowania przypadków. To nic, że w języku polskim mamy ich nawet więcej niż w niemieckim, jest to trudna rzecz do intuicyjnego opanowania - przynajmniej dla mnie. W samouczkach całe wyjaśnienie ograniczało się do podania dwóch przykładów i trzech ćwiczeń sprawdzających. W tej książce Akkusativ jest na stronach 29-33, Dativ 33-37, Genitiv 37-43, po czym od strony 43 do 45 następuje część sprawdzająca znajomość wszystkich tych przypadków naraz. Dzięki tej książce można przećwiczyć wszystkie części mowy, jest ona podzielona na duże rozdziały, np. Rodzajnik, Przeczenie, Rzeczownik, Zaimek, Czasownik itd. i na mniejsze podrozdziały, np. Opuszczanie rodzajnika (rodzajnik zerowy), Odmiana słaba rzeczownika, Zaimek pytający, Czasowniki Zwrotne, Przyimki z dopełniaczem... A na samym, samym końcu jest też Test Końcowy, który sprawdza znajomość całości materiału zamieszczonego w tej książce. Uważam, że jest to bardzo przydatna pozycja, solidne wyjaśnienie, wiele ćwiczeń, przejrzysty klucz odpowiedzi, jak najbardziej na tak.

Schritte International

Jest to książka dla uczniów szkół średnich, którzy dopiero rozpoczynają naukę niemieckiego. Zdecydowanie nie jest to podręcznik do samodzielnej nauki. Zaskoczyło mnie, że jak na książkę przeznaczoną dla liceum jest ona taka... dziecinna. Dużo kolorowych obrazków, śmiesznych buziek, różnych takich ozdobników, a mało jakiegokolwiek tekstu. Na przykład kiedy uczyłam się francuskiego w gimnazjum każdy rozdział w podręczniku rozpoczynał się komiksem na podstawie powieści Victora Hugo "Nędznicy". Komiksy oczywiście wynikały jeden z drugiego, były wciągające. Każda pierwsza lekcja nowego rozdziału wyglądała tak, że słuchaliśmy komiksu, a potem kilka razy czytaliśmy go z podziałem na role (trzy, cztery razy tak, żeby każdy czytał jakąś kwestię). Tłumaczyliśmy oczywiście słówka i uczyliśmy się ich na następną lekcję, na której była kartkówka albo pytanie. W tym podręczniku nie ma żadnych dialogów, żadnej pisanej historyjki. Jest niby komiks, ale bez słów, my widzimy tylko obrazki, a tekst jest nagrany. Ćwiczymy w ten sposób rozumienie ze słuchu, ale przez to bardzo mało czytamy i mało jest nowych słówek. Na razie jesteśmy dosyć łagodnie wprowadzani w język niemiecki, bylebyśmy się tylko nie przepracowali. 10 nowych słówek z lekcji to już jest dużo. Brakuje mi takich tradycyjnych dialogów do czytania. Ogólnie więcej w tym podręczniku jest obrazków niż jakiejś właściwej wartości merytorycznej.

To w skrócie tyle :) Dodam tylko, że żadne wydawnictwo ani nic takiego nie płaciło mi za reklamę, opisuję moje subiektywne odczucia, oczywiście każdy może mieć inne. Starałam się obronić mój punkt widzenia, przedstawić jakieś argumenty tak, by pomóc osobom, które zastanawiają się nad kupnem którejś z tych pozycji. Na pewno żadna nie jest tylko zła, lub tylko dobra, wszystkie mają swoje plusy i minusy.
Byłabym wdzięczna, gdyby ktoś po przeczytaniu któregoś z postów publikowanych na tym blogu napisał jakiś komentarz, przedstawił swoje zdanie. Prowadzę tego bloga przede wszystkim dla siebie, ale jednak miło wiedzieć, że kogokolwiek interesuje to, co jest tu publikowane :)



sobota, 26 listopada 2011

Revierderby i Schalke04 dla zupełnie zielonych



Tak, tak, dzisiaj odpoczniemy od nauki języków, od niemieckiego również ;) Dzisiaj wydarzeniem dnia jest mecz derbowy nazwany przez komentatorów Eurosportu "matką wszystkich derbów" :) Mówię o Revierderby, czyli o derbach Zagłębia Ruhry, meczem między Schalke04 Gelsenkirchen, a Borussią Dortmund. Niestety, moi ulubieńcy w tym meczu kompletnie zawiedli, nie nawiązali żadnej walki i na własne życzenie przegrali 0:2. Tak naprawdę to nie skonstruowali żadnej groźnej akcji i ten rezultat jest i tak dość łagodnym wymiarem kary. Nie będę już wnikać w szczegóły, bo opisanie tego meczu mogłoby mi zająć dużo czasu, miejsca i energii, a i tak mijałoby się to z celem, bo przecież każdy zainteresowany może obejrzeć sobie skrót meczu.

No niestety zapowiedzi były huczne, a piłkarze nie pokazali ani woli walki, ani charakteru. Zostali stłamszeni przez 80-tysięczny tłum reagujący gwizdami na każdy kontakt z piłką zawodników z Gelsenkirchen, potem jedna bramka, druga i było po meczu. Ale jak powiedział Christian Fuchs - nie jest to koniec świata!

Teraz zapowiedziana część artykułu - Schalke04 dla zupełnie zielonych

Schalke04 to niemiecki klub piłkarski grający w 1.Bundeslidze. Obecnie jego strategicznym sponsorem jest Gazprom. Stadion Schalke to Veltins Arena, znajdujący się w Gelsenkirchen, niespełna 300 tysięcznym mieście w Nadrenii Północnej-Westfalii, a konkretnie w przemysłowym regionie nazywanym Zagłębiem Ruhry. Piłkarze Schalke to inaczej Die Knappen czyli po niemiecku "Górnicy" - miasto Gelsenkirchen słynne jest właśnie z wydobycia węgla brunatnego. Ciekawostką może być fakt, że Schalke to właściwie polski klub, zakładany przez Polaków, posiadający wiele polskich konotacji od samego początku istnienia, o szczegółach poczytać można w bardzo fajnym felietonie. Wspomnę jeszcze tylko o nazwie stadionu Schalke. Zanim pojawiła się tam nazwa sponsora, stadion w Gelsenkirchen nazywał się Arena auf Schalke, co po niemiecku jest błędem językowym. Auf oznacza dosłownie "na". Jest to właśnie wpływ polskości na historię tego klubu. Polacy zamieszkujący Gelsenkirchen chodzili na Schalke i na mecz, i stąd też wzięła się nazwa stadionu. Teraz niestety przemianowana na Veltins Arenę. Można jednak wspomnieć, że stadion Schalke to jeden z najnowocześniejszych stadionów w ogóle, jako jeden z nielicznych stadionów na świecie ma rozsuwany dach.

Najwięksi rywale Schalke to Bayern Monachium i rywal dosłownie zza miedzy - Borussia Dortmund. Rywalizacja między tymi klubami wzrosła bardzo w ostatnim czasie, kiedy Borussia zdobyła mistrzostwo Niemiec. Przez wiele lat to Schalke rządziło w Westfalii, chyba przez 11 lat Borussia nie wygrała meczu derbowego przeciwko Schalke. Teraz sytuacja wygląda trochę inaczej, raz wygrywa Dortmund, raz klub z Gelsenkirchen, ale generalnie - przyznaję z ciężkim sercem - lokalny rywal prezentuje się w ostatnim czasie o wiele lepiej.
Dla fanów Borussii piłkarze Schalke to popularnie "smerfy", "ku*ewsko-niebiescy" (przekręcony zwrot "Królewsko-Niebiescy", jakim oficjalnie nazywa się piłkarzy z Gelsenkirchen), Schalke04 to "Scheisse04", a trener Schalke to po prostu "papa smerf". Trzeba przyznać, że mają fantazję :)

Chciałabym napisać też coś o najlepszych zawodnikach Schalke04. Zamysł był taki, żeby umieścić tu piłkarzy od najbardziej przeze mnie lubianych, ale wybór jest bardzo trudny.

10. Lewis Holtby zdecydowanie jeden z ulubionych. Niemiecki piłkarz angielskiego pochodzenia, w tym sezonie wrócił z wypożyczenia do FSV Mainz, gdzie był królem drużyny. W Schalke na razie nie gra dobrze, ale to może dlatego, że nie jest wystawiany na swojej pozycji. Lewis to typowy skrzydłowy, szybki, zwrotny, dobrze dośrodkowuje. Problem w tym, że w Schalke poza ofensywą dostaje również dużo zadań defensywnych, z którymi sobie nie radzi i przez to zawsze gdzieś się gubi. O ile w Mainz błyszczał, o tyle w Schalke na razie nie istnieje. Ma jednak ogromne możliwości i jest niezwykle sympatycznym człowiekiem. Poza tym wykazuje duże przywiązanie do klubu, jest młody, perspektywiczny, pewny siebie, potrafi cieszyć się w niekonwencjonalny sposób - dowód tutaj. :)


4. Benedikt Höwedes kapitan drużyny i jeden z najważniejszych zawodników. Nie jest jakąś tam gwiazdą, ale nawet niewskazane byłoby gdyby był - Benedikt gra na pozycji środkowego obrońcy. W Schalke od dziecka, kibice nazywają go Benni, ulubieniec nastolatek ;) Był najlepszym przyjacielem w drużynie Manuela Neuera, wielkiej gwiazdy Schalke, podstawowego bramkarza reprezentacji Niemiec, który niestety po 20 latach gry dla Niebieskich wybrał "robienie kariery" w Bayernie Monachium. Po jego odejściu Benedikt został kapitanem i zdecydowanie nie zawodzi. Obecnie jest kontuzjowany, nie grał w dzisiejszym meczu derbowym. Ogólnie mogę powiedzieć, że bardzo fajnie mówi po niemiecku, bardzo przyjemny głos i wydaje się być bardzo sympatycznym człowiekiem.


25. Klaas-Jan Huntelaar czyli po prostu Hunter. Napastnik Schalke04 i reprezentacji Holandii. Jest w Gelsenkirchen od niedawna, dopiero od 2010 roku, w zeszłym sezonie bardzo długo leczył kontuzje i nie grał przez długi czas. Dopiero w tym sezonie pokazuje na co go stać. Dotychczas strzelił 12 goli w Bundeslidze i tylko napastnik Bayernu Monachium Mario Gomez ma ich więcej - 13. Być może w tym sezonie Klaas zostanie królem strzelców? Byłaby to na pewno bardzo fajna rzecz, ale oczywiście ważniejszą sprawą są zwycięstwa całej drużyny. Hunter to rozumie, nie gra egoistycznie, zawsze szuka najlepszych rozwiązań. Jest jednocześnie doświadczony i bardzo świeży, dynamiczny. Myślę, że zakorzenił się już w Gelsenkirchen, mówi, że czuje się jak u siebie w domu, niedawno urodziło mu się tu dziecko. Właściwie z zachodnich Niemiec do Holandii nie ma daleko :) Oby został jak najdłużej i strzelił jak najwięcej bramek dla Schalke.

To są - umownie - trzej moi ulubieni zawodnicy. Przy wyborze trzeciej postaci zastanawiałam się między Huntelaarem, a Papadopulosem, ale właściwie wszystkich piłkarzy Schalke bardzo lubię, więc te wybory nie są jakieś wiążące. Uwzględniłam tych, którzy wzbudzają we mnie akurat teraz jakieś pozytywne odczucia :)
Mam nadzieję, że znajdzie się jakaś osoba, która dobrnie do końca tego posta i może dzięki niemu zainteresuje się trochę tym klubem, albo przynajmniej Schalke skojarzy jej się gdzieś kiedyś pozytywnie. Bundesliga to naprawdę dawka wielkich emocji, warto znaleźć sobie ulubiony klub i śledzić rozgrywki. W tej lidze nigdy nie można wskazać mistrza przed rozpoczęciem sezonu, ani nawet w trakcie. Zawsze dzieją się niespodziewane rzeczy, ogromna dramaturgia, piękne stadiony, dużo goli, dynamiczne zwroty akcji. Według mnie Bundesliga to najciekawsza liga świata !

środa, 23 listopada 2011

Źródła nauki niemieckiego, cz.2

Dzisiaj obiecana część druga na temat materiałów do nauki niemieckiego :)
Chciałabym opisać moje wrażenia dotyczące kilku książek i samouczków, których używałam, lub używam. Postaram się, aby było jak najbardziej obiektywnie.

PONS Ekspresowy kurs dla początkujących 

Pod koniec sierpnia wyszperałam tą pozycję z mojej szafki w pokoju. Byłam zachwycona: poręczna, opasła teczuszka, pięć płyt, książeczka... Stwierdziłam, że jak na początek to w sam raz i zaczęłam przerabiać ten samouczek. 
Rzeczywiście, jeśli ktoś nigdy, nigdy wcześniej nie miał do czynienia z niemieckim, to pierwsze parę lekcji pozwala się oswoić. Nauczyłam się alfabetu, podstawowych zwrotów, z zapałem powtarzałam wszystko za lektorami. Parę pierwszych lekcji podobało mi się bardzo. Z czasem jednak mój zapał do tej pozycji stygł. 
Przede wszystkim ten samouczek nie wyjaśnia w ogóle gramatyki. Gdy już nauczyłam się "Guten Morgen", a nawet "Wie heisst du?" i "Ich bin sechzehn Jahre alt", poczułam potrzebę, żeby pójść trochę dalej. Mniej więcej w czwartej, czy piątej jednostce lekcyjnej wydawnictwo Pons postanowiło wprowadzić przypadek, mianowicie biernik. Całe wyjaśnienie zwierało się w jednym zdaniu i trzech przykładach. Ćwiczeń sprawdzających było może dwa. A przecież przypadki to dość trudna rzecz, wymagająca wprawy, treningu. Do tej pory nie umiem się nimi posługiwać, nie wyrobiłam w sobie nawyku, intuicyjności. Pod względem gramatyki ten samouczek leży. 
Inną irytującą rzeczą jest to, że w ćwiczeniach i dialogach słówka pojawiają się zupełnie losowo, nie są ze sobą w żaden sposób związane. Obok "Kaffe" pojawia się "Tier", obok "Apfelkuchen" jest "Burg". To znacznie utrudnia naukę. Przynajmniej ja wolę mieć wszystko ładnie zebrane w jedno miejsce, pogrupowane tematycznie. Ta maniera bardzo mnie denerwowała. 
Kolejny mój zarzut do bezsensowne dialogi. Początkowe jeszcze jakoś uszły, dziewczyna, studentka dziennikarstwa ma praktykę w lokalnej gazecie, poznaje swoich współpracowników. Dalej jednak były historie dotyczące krokodyli i inne tego typu rzeczy. Moim zdaniem podręcznik, a zwłaszcza samouczek powinien wciągać. Jeśli nie interesuje nas ta historia, nie będziemy z przyjemnością czytali dialogów i uczyli się zawartych w nich słówek. 
Osobiście odradzam tą pozycję. Nauczyłam się z niej wielu przydatnych zwrotów, ale po dosłownie kilku przerobionych lekcjach książeczka zaczęła mnie irytować i nabyłam nowy samouczek, z którego jestem o wiele bardziej zadowolona :) 


Langenscheidt 20 minut każdego dnia Język niemiecki

Dobry chwyt marketingowy na okładce: 20 minut każdego dnia i będziesz biegle mówić po niemiecku. Nie jestem naiwna, wiem, że to tak nie działa, ten samouczek kupiłam dlatego, że zawiodłam się na pozycji PONS, potrzebowałam zmiany i tak wyszperałam go w Empiku. Zdecydowanie nie żałuję. Był dość tani (około 20 zł jeśli dobrze pamiętam) i od razu mi się spodobał. Ładnie podzielone jednostki tematyczne, troszeczkę bardziej rozbudowana gramatyka, odmiany czasowników, sporo ćwiczeń. A poza tym od pierwszej lekcji w chmurkach na marginesach zamieszczane są różne idiomy i utarte powiedzenia. W drugiej lekcji jest lista około siedmiu słów, które oznaczają "fantastycznie, cudownie", jest też druga lista ze słówkami "paskudnie, źle". Dla początkującego to wielka frajda, umieć powiedzieć "Mam się świetnie" na siedem sposobów, albo na pytanie: "Wie lauft's?", odpowiedzieć "Es lauft wie geschmiert" [idzie jak po maśle, dosł. jak posmarowane]. Pod tym względem książeczka jest fantastyczna. W pozycji PONS wszystko jest chaotyczne, porozrzucane, niespójne, tutaj ładna szata graficzna, porządek, listy słówek, porządne dialogi, które nawet zgrałam sobie na iPoda i słuchałam w drodze do szkoły. Jest tutaj mały słowniczek na końcu, tłumaczenia wszystkich dialogów, czytelny klucz rozwiązań. I jest też jedna płyta, nie muszę się zastanawiać, którą włożyć jak w przypadku PONS-u. Bardzo polecam ten samouczek! Książeczka może jest niepozorna, ale kryje w sobie wiedzę.
Jak każdy samouczek, zdecydowanie nie wyczerpuje tematu, np. dla mnie było wciąż zbyt mało gramatyki. Dlatego dokupiłam sobie osobną książkę z gramatyką niemiecką. Ale o tym już może w osobnym wpisie :)